Stabilizacja obrazu – marketing czy niezastąpiony pomocnik?

Stabilizacje obrazu - czym się różnią

Stabilizacje obrazu – czym się różnią

Czy zdarzyło Ci się drogi czytelniku, że chciałeś zrobić
zdjęcia w słabo oświetlonym miejscu, jednak nie mogłeś użyć
lampy błyskowej ani tak postawić aparatu, aby odpowiadał Ci kadr? Może na ślubie znajomych lub na wieczornej imprezie w knajpie
allbo domu, a może chciałeś uchwycić romantyczny zachód słońca? Po wykonanej fotografii wydawało się na wyświetlaczu aparatu,
że zdjęcie jest poprawne, natomiast w domu na większym ekranie
komputera okazywało się rozmyte i nie nadające się do niczego.
Czy reklamowane systemy stabilizacji obrazu mogłyby pomóc w
takich sytuacjach?

Nie będę Cię trzymał w niepewności drogi Czytelniku,
odpowiedź na powyższe pytanie jest twierdząca, jednak nie w każdym
przypadku. Należy wyraźnie wytyczyć granicę miedzy optyczną a cyfrową
stabilizacją. Ta pierwsza jest warta uwagi, natomiast
ta druga to czysty chwyt marketingowy i żerowanie na
niedoinformowaniu oraz niewiedzy klientów. Osąd ten wynika z
tego, że stabilizacja cyfrowa zazwyczaj polega po prostu na automatycznym podwyższeniu
czułości ISO do np. 800 czy 1600. Rzeczywiście, skraca to czas
naświetlania zdjęcia, a zatem i ryzyko iż zdjęcie wyjdzie
poruszone, jednak płacimy za to wysoką cenę – pojawia się
trudny do zaakceptowania szum. Przy podanych wartościach ISO większość
kompaktów nie radzi sobie z zakłóceniami generowanymi przez
matrycę, a właśnie one bywają wyposażone w „cyfrową
stabilizację”. Sytuację pogarsza fakt, że szum jest największy
właśnie w słabo oświetlonych scenach oraz przy długim czasie
naświetlania. Takie zdjęcie raczej nie nadaje się do ramki na
ścianę. Na potwierdzenie tej tezy, można przytoczyć wiele „wojen”,
które przetoczyły się przez branżowe czasopisma oraz
stowarzyszenia, mające na celu zmusić producentów do większej
rzetelności w tej tematyce. Kończąc ten wątek, należy zapamiętać,
aby zwracać uwagę na to, co pisze producent i czy w opisie działania
stabilizacji nie ma tam nic na temat podbijania ISO czy też
nachalnego softwarowego wyostrzania obrazu – to też zmniejsza
jakość zdjęcia.

Przejdźmy do rzeczy naprawdę sprawdzających się, do
stabilizacji optycznej. Występuje ona pod różnymi nazwami np.
O.I.S u Panasonica , IS u Canona, VR u Nikona lub SSS (Super
Steady Shot) u Sony. W tym ostatnim przypadku ruchoma jest
matryca, która „przechyla się” w odpowiednią stronę
kompensując drgania ręki. Ogromną zaletą tego rozwiązania
jest całkowite uniezależnienie się od stabilizacji w
obiektywie. Dzięki temu opcja ta, jest dostępna z każdą,
nawet najstarszą optyką pasującą do aparatu (zmniejsza to również
koszt obiektywów, które nie muszą być wyposażone już
stabilizację). Minusem jest to, że system taki jest trochę
mniej wydajny od tego zaimplementowanego w obiektywie. W tym
przypadku to soczewki pomagają zachować ostrość poprzez zmianę
położenia, w zależności od tego jaki ruch wykryją czujniki położenia.
Każda kolejna generacja tych systemów jest ulepszana, toteż
SSS w Minolcie 7D będzie działać gorzej niż np. w Sony a900.

Podsumowując, z całą pewnością mogę powiedzieć, że
warto szukać aparatów wyposażonych w sprzętową stabilizację
obrazu, jest ona niezwykle przydatną funkcją i udogodnieniem.
Jednak nie należy spodziewać się cudów – światło w
fotografii to rzecz niezbędna. Reklamy jakie serwują nam
producenci, jakoby można było zrobić ostre zdjęcie szarpiąc
aparatem we wszystkie strony, są daleko idącą przesadą. Nie
należy również liczyć na ostre zdjęcia wykonywane z ręki w
nocy – w tym przypadku pomóc może nam tylko statyw (lub
oczywiście lampa błyskowa). Kolejną sytuacją w której nawet
najlepsza stabilizacja optyczna nam nie pomoże, to fotografia
poruszających się obiektów – tutaj jedyną radą jest
odpowiednio krótki czas naświetlania, zależny od prędkości
poruszania się naszego celu. Bądźmy świadomi tego co oferują
nam producenci, gdyż tylko to może nas uchronić przed późniejszym
rozczarowaniem.